Długi marsz


Rys. Digger

Przed 13 grudnia Mateusz Kijowski poszerza bazę protestu. Do Komitetu Obrony Demokracji dołączył aktor Krzysztof Pieczyński. Osobiście żal mi, że zamiast kariery aktorskiej wybrał los objazdowego kaznodziei, albo lepiej byłoby powiedzieć „jurodiwego” (gdyż wszystko wskazuje na coraz głębsze pokrewieństwo duchowe Polski z Wszechrusią), który przebywając setki wiorst udziela masom błogosławieństwa i oświecenia dobrą nowiną.

Pieczyński prowadzi swoją krucjatę duchową, mającą na celu wyrwanie nas biedaków z okowów zabobonu chrześcijańskiego, gdyż, jak dziś mieliśmy okazję usłyszeć w audycji komputerowej Onetu, to jedyna szansa na budowę demokracji w Polsce. Oczywiście nie mam nic przeciwko cudzym poglądom, gdyż jako konserwatywno-liberalny socjalista jestem zdania, że różnorodność jest milsza od jednolitości, pragnę tylko nieśmiało zwrócić uwagę p. Krzysztofa na rozległość zadania wobec ubogości środków. Jeśli bowiem jedyną szansą na demokrację, czyli usunięcie obecnej władzy, jest wyzwolenie spod wpływów Kościoła przeważającej części elektoratu, to czeka nas bardzo długi marsz, ponieważ w moim mniemaniu te wpływy są zasadniczo nieusuwalne. Jeśli zatem Mateusz Kijowski pójdzie za głosem naszego Don Kiszota Pieczyńskiego, to Jarosław z Żoliborza, nasz samodzierżawny suweren, może spokojnie patrzeć w przyszłość, cierpliwie demontując sądownictwo, służby cywilne i gospodarkę.
Digger