Niezwykła przepowiednia

skanuj-594
Rys. Digger

Rano uderzyły mnie słowa Pani Premier, że Jarosław Kaczyński dokonał rzeczy niezwykłej. Napięcie sięgnęło zenitu, wtedy pałerbank zapikał i mimo prób natychmiastowej reanimacji komp pozbawiony mocy, zgasł.

– Kurnaolek!- rzuciłem przez zaciśnięte zęby. Szwagier po drugiej stronie stołu poruszył nerwowo wąsikami. Wujek Bazyl, zawsze przejawiający pociąg do hazardu, przejął inicjatywę. – No rebiata, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, gdy wokoło płoną róże! Nie ma radia to nie ma, odkąd wichura zniosła słup z siłą, w gminie pierdzielą bo to są kodziarze i robią dywersję, odcinając nas od Prawdy. Sąsiad ma co prawda generator, ale jego teraz nie ma w domu, bo jest na zarobku w Norwegii i pierdzieli  takie klimaty. Ale nie trza czekać aż manna z nieba spadnie.
Energicznie zatarł chropowate dłonie i wskazał władczo palcem na moją kuzynkę przesuwając flakon ustrojony plastikowymi kwiatami produkcji koreańskiej. – Ty, Marta leć załączyć furę i podładuj tego pałerbanka z zapalniczki choć trochę, to może chociaż trafimy w koniec ekspoze? Ty z kolei, Mietek, nie gap się tak, tylko bier w ręce kartkę i cienkopis i zapisuj!

Wykonywaliśmy polecenia bez szemrania, szczęśliwi że nie musimy się męczyć tą ciszą, w której słychać było przeciągłe wycie opon tirów o asfalt hen na wschód od nas. Ruch odbywał się  na nowo wybudowanej nitce autostrady, która przecięła nasz region na dwie nierówne połowy.

– Obstawiamy jakiej to rzeczy niezwykłej dokonał Naczelnik! Pula na wejście po dychu, ten kto najbliżej będzie prawdy – a tą prawdę prędzej czy później na pewno poznamy- ten zgarnia całość i robi z kasą co chce. Tyle w temacie! Bazyl cyknął zuchwale przez zęby jak to miał we zwyczaju, gdy chciał podkreślić że postawił właśnie kropkę ponad przysłowiowym i.

– Pisz, Mietek, po kolei wszystkich, ale oczywizda -lejdis ferst!

Z podwórka doszło nas dramatyczne rzężenie aparatu rozruchowego w naszej dostawczej kijance, z którą zaczęliśmy mieć już kłopot, bo mechanik w punkcie kontrolnym odmówił przyjęcia tradycyjnej flaszki spirytusu za stosowny wpis w dowodzie.

– Marta, wyluzuj, bo spalisz stację, kurnaolek – wrzasnąłem przez uchyloną taflę okna z Oknoplastu.

– Dobra, daj spokój, ona nie palcem zrobiona, da se radę – Bazyl położył mi na ramieniu ciężką, włochatą łapę. – Mietek, pisz zatem nas po kolei. – Marta, Ewa, ty, ja, Olek,…-

Ewa perliście zachichotała. – Ja się tam nie znam, to nie wiem, wy wszyscy tacy kreatywni, czy jak to tam się nazywa?

Bazyl jednak po swojemu zachęcał. – Weź Ewa, wyluzuj, głupia nie jesteś. Dasz radę, jakeś dała radę pomanewrować z pińcet plus, to dasz radę odgadnąć myśli Pani Premier – zachęcał stawiając duże litery w mowie tam gdzie trzeba.

Kiedy już kartka w zeszycie napełniła się imionami i przydomkami, zaczęliśmy licytację. Musiałem dyszkę pożyczyć od Bazyla, który zrobił to chętnie, bo za każdy dzień zwłoki naliczał sto procent. Pierwszy odezwał się Bolek, kuzyn drugiej żony Edwarda, wuja ze strony babci Czesi, który popierdzielał z towarem dla Biedronki na północ kraju i zatrzymał się na parę godzin u nas. – Ja tego stawiam, że pan Jarosław sprowadził na nas duże inwestycje chińskie…

– Aleś brachu przyfasolił! – zarechotał Bazyl – Wpisuj to Mieteczku! –
po czym sam nie pozostał dłużny wyzwaniu. – Pan Naczelnik sprawił, że wrogowie naszego kraju złożyli podania o azyl na Majdanie! – Wszyscy zaśmialiśmy się zgodnie, bo Bazyl, trzeba to przyznać, ma zajefajną gadanę.

Ja ze swej strony zauważyłem, że prawdopodobnie Pani Premier chodziło o to, że Naczelnik zmusił tą cholerną hałastrę w Trybunale do zrobienia paru przysiadów. Znaczy że ich pogonił. – No to dobra, stawiaj, że pogonił Trybunał.
Kolejna dyszka miękko wylądowała w kaszkiecie Bazyla.

Wróciła Marta stawiając na stole pałerbanka podładowanego przez alternator i wniosła z dychą pomysł, że Jarosław Kaczyński wziął, jak kiedyś jakiś tam Kisyńdżer, sekretny ślub z byłą żoną Gosieskiego. To jaja są, ale może?

Na koniec Ewka, trochu głupia, za dychę postawiła, że idzie o to, że wygrali wybory. Bazyl litościwie pokiwał głową. – No wiadomo, ta jak co palnie… Ale dycha nie chodzi piechotą. Zebrała się suma, za którą można już poszaleć i golnąć czarnego łokera, mój ulubiony napój wyskokowy.

Raptem zafurczało coś w kompie, pałerbank złapał moc.

– Najbardziej niezwykłą rzeczą, jakiej dokonał Pan Premier Kaczyński było wygranie wyborów – rozległ się w pokoju nosowy głos Pani Premier.

Zapadła śmiertelna cisza. Znów słychać było jęczenie opon po autostradzie, a twarz Bazyla stężała raptownie zaś na jego niskie czoło wystąpiły perliste krople zimnego potu.

– Mietek, dej mi ten zeszyt z łaski swojej!
Szwagier usłużnie podał kajet z przepowiedniami, z których jedna była trafiona niczym szóstka w totka. Ewa patrzyła z niedowierzaniem na to co się dzieje. Bazyl podszedł do kominka, podarł zeszyt i wrzucił do środka. Następnie nałożył kaszkiet z pieniędzmi na głowę. – Pójdę do Biedronki po łokera, trzeba się wreszcie czegoś napić.

Digger

Szkoda Koguta

skanuj-595

Stanisław Kogut, animator niegdyś wielkiego futbolu w Stróżach, nie jest już szefem struktur PiS na Sądecczyźnie. Został mu Senat i kolej, którą owego czasu trząsł.

Kryształowego charakteru polityk skutkiem niecnych knowań został odsunięty – nomen omen – na boczny tor. Ten arbiter elegantiarum przegrał bitwę buldogów pod dywanem, bowiem wrogowie mieli bliżej do ucha Naczelnego Zawiadowcy. Ale też Kogut o gołębim sercu na zjeżdzie okręgowym partii przeprowadził kwiecistą uchwałę o treści „Ci zdrajcy, którzy sprzedali Prawo i Sprawiedliwość, sa niegodni tego, by dziś używać znaczka PiS”. Ziobro i Mularczyk zmięli go i wyrzucili do kosza.
Kogut skomentował to krótkimi, żołnierskimi słowami: – Taka jest kolej rzeczy.
Z akcentem na kolej, senatorze. Teraz jednak zatrzymywanie wszystkich pociągów w całej Polsce nie jest już PiS potrzebne, a stało się wręcz niepożądane. Takim stał się też Pan, Panie senatorze.
Poniżej apoteoza Stanisława Koguta. Uwaga, mocne!

Krzysztof Mrówka
– – – – –
Szanowny Panie Redaktorze Naczelny!
Piszę do Pana Redaktora ten krótki list, zatroskany bezprzykładną napaścią jaka nastąpiła przeciwko osobie naturalnego patrioty polskiego, p. Koguta Stanisława.
Pragnę przypomnieć, że już w starożytnej Grecji zwrócono uwagę na bliski związek pomiędzy człowieczeństwem a że się tak wyrażę – kogucieństwem. Do naszych czasów tradycja antyczna przechowała jedną z platońskich definicji człowieka. Człowiek jest mianowicie wedle wielkiego filozofa istotą dwunożną piór pozbawioną. Tę oto definicję rozwinął inny wielki filar filozofii greckiej – Diogenes – który koguta piór pozbawiwszy wskazał nań jako na platońskiego człowieka-istotę dwunożną, piór nie posiadającą. Ponieważ są sprawy na niebie i ziemi o jakich nie śniło się filozofom, jednej z nich świadkami jesteśmy dziś my wszyscy. Oto bowiem rzecz stała się niezwykła, iż prawdziwy kogut – czego dowodem są krótkie obrazy filmowe, zarejestrowane z ukrytej kamery, na których obserwujemy jak homo platonis niczego nie udając wprawia nas w zdumienie ukazując nam głęboko kogucią naturę, pełną zawadiackiej zadziorności, zapalczywości i skłonności do postawienia na swoim – że ów kogut imię otrzymał i między nas ludzi bez trudu weszedł! A jednocześnie wiele z natury swej zachował!
Ruch i dźwięki przezeń w jego naturalnym środowisku obnażone (bo wszak przy kawie i ojcu dobrodzieju najgłębszem człowieczeństwem się on pyszni!) są podobne łudząco do tych jakiemi na podwórzach właśnie kogut – król drobiu – się wyróżnia. Wrodzona nam dociekliwość każe w tym miejscu zastanowić się nad wielością natury ludzkiej i zwierzęcej splatającej się w doskonałe jedno, co jest swego rodzaju dowodem na pitagorejską jednię!
Z braterskim dla Pana Redaktora Naczelnego pozdrowieniem!

Juliusz Janusz Żurek

Miecz deportacji już wisi

pielucha-1

Beata Mateusiak-Pielucha wraca. Nie dała wyboru, chociaż tak niedawno już o niej pisałem. Przybyło odwagi po tym, gdy PiS zrzuciło ją z kierowania łódzkim okręgiem partii.

CZYTAJ ARTYKUŁ: Banał, nuda, propaganda

Teraz napisała w wpolityce.pl: Mam prawo oczekiwać od rządu i rządzącej partii polityki otwartych oczu i rozwiązywania rzeczywistych problemów. Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby. Ale także, powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji.

Dzisiaj premier Beata Szydło zapowiedziała, że po roku PiS przechodzi do nowej fazy dobrej zmiany. Jeśli oznacza to deportacje ateistów, prawosławnych czy muzułmanów – będzie grubo. Mateusiak-Pielucha udowadnia w tekście, że nie ma mowy o pomyłce i apeluje „o zwiększenie przez polski parlament obowiązków dla osiedlających się w Polsce”.

Pytam wobec tego, dlaczego tylko ateiści, prawosławni i muzułmanie? Co rozumie przez legalizowanie pobytu? Coś więcej, niż obecne procedury?  O jakie wartości uznawane za ważne chodzi posłance? Kto będzie decydować i na jakiej podstawie o losie – dajmy na to – ateistów? Czy posłanka chciałaby może pracować w jakiejś latającej trójce decydującej o deportacjach? Jakie mają być te zwiększone obowiązki osiedlających się? Co na to wszystko sejmowa komisja etyki?

Wdzięczna to tematyka i pozostaję przy nadziei, że łódzka posłanka PiS da nam jeszcze sporo do myślenia. O dekomunizacji, lustracji, niesłusznych dziennikarzach i Ukraińcach. Wszak wielka polityka to tylko zdrowy rozsądek zastosowany do wielkich rzeczy (Beata Mateusiak-Pielucha, Napoleon Bonaparte).

Krzysztof Mrówka

 

Scenariusz i reżyseria Jarosław Kaczyński

skanuj-589
Rys. Digger

Gdym się obudził, Władysław Gomułka uspokajał nas przez odbiornik radiowy. Mieszkanie było niewielkie, za oknem w oddali wzgórza przyprószone śniegiem. Nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy, ale domostwo gdzie mieszkaliśmy posadowiono na samym skraju miasta. Były to najprawdziwsze peryferia. Dziecku to położenie zupełnie nie przeszkadzało, a rodzice mieli blisko do pracy w kombinacie.

Czasy były spokojne, ale mimo to Pierwszy Sekretarz poczuł się w obowiązku żeby przerwać swoje zajęcia, usiąść przy kartce papieru i skreślić kilka zdań otuchy, i wyczytać je ku pokrzepieniu serc przy mikrofonie Polskiego Radia. Jako jeden z nielicznych na kuli ziemskiej mógł to czynić, ilekroć tylko miał ochotę. W tamtych czasach audycje szły na żywo. Towarzysz Pierwszy Sekretarz nie miał w dzieciństwie łatwo, więc wszyscy, a dzieci najmocniej, trzymaliśmy kciuki, żeby dociągnął do ostatniego wyrazu, nie gubiąc po drodze zbyt wielu liter. I wspomagany przez masy, jak za każdym takim razem, dał radę.

Patelnia od Cyganów

Tato niedługo potem powrócił z kombinatu, siostra wróciła z liceum, babcia usmażyła na kupionej od Cyganów (to słowo to archaizm, bo w zamierzchłych czasach nie wiedzieliśmy o istnieniu Romów, wiec proszę się nie oburzać, żem wstrętny rasista) pyzy z mięsem. Do tego herbata bawarka, bo mleko każdego ranka ktoś uczynny pozostawiał przy wycieraczce. A i dlatego też bawarka, że kupienie cytryn było nie lada wyczynem. Cytryny jednak pod tą szerokością geograficzną zastępowała z powodzeniem cebula, kiszona kapusta, a w moich czasach dziecinnych dodatkowo powszechna opieka zdrowotna. Na koniec nadeszła z biura mama, a nasz pies zamerdał ogonkiem. Idylla.

Tato po obiedzie wypoczywał kojąc skołatane w pracy nerwy lekturą gazety. W gazecie przewidujący dziennikarze starali się – jak to im nakazywał Pierwszy Sekretarz – uspokoić społeczeństwo. Bo nikomu niepotrzebne są nerwy, bo trzeba mieć spokojną codzienność, bo tak było przecież lepiej dla dzieci i ich rodzin.
Informacje prasowe nie niosły emocji, co łatwo można było wywnioskować z obserwacji otoczenia, nawet będąc, jak ja naonczas, człowiekiem niepiśmiennym. Tato bowiem miał za każdym razem tę samą nieobecną minę przy lekturze. Po chwili zaś zapadał w płytką drzemkę.
Gdy w domu pojawił się telewizor, można było odłożyć dziennik na bok i oddać się kontemplacji tego cudu dwudziestowiecznej elektroniki, kupionego w ZURiT na korzystne raty. Programy w centrali starannie dobierano, tak, że napięcie emocjonalne z rzadka jedynie się tam pojawiało.

Kobra trzymała

Najczęściej w czwartkowe wieczory. Jako nieco bardziej od innych wrażliwe dziecko dygotałem ze strachu obserwując frenetyczne manewry rysunkowego węża, wykonującego taniec do niemniej niż obraz intrygującej muzyki. Ten teatr trzymał rzeczywiście w napięciu, ale trwało to tylko kilkadziesiąt minut, a jeśli stres spodziewany przekroczyć mógł dopuszczalną normę, mama wyprowadzała mnie zawczasu do kuchni.
Potem była noc, potem następny dzień. Potem zrobiłem się nie wiedzieć kiedy duży, a miejsce w którym był mój raj zostało bezpowrotnie utracone. Istnieje jedynie w moich zapewne niezbyt ekscytujących dla Czytelników wspomnieniach. Niemniej bardzo tęsknię za tatą, babcią, dziadkiem, bo ich już nie ma na tym świecie i nie mogę choćby przez chwilę popatrzeć im w oczy.
Dziś sam jestem w tym samym mniej więcej wieku co oni, bo dziecku wszyscy dorośli wydają się jednakowo starzy. Nie tęsknię zaś zupełnie – przyznaję to bez uczucia zakłopotania – za melorecytacją poezji agitacyjnej w wykonaniu tow. Wiesława. Życzę mu jedynie, żeby Pan Bóg wybaczył mu grzechy i żebyśmy w miarę możliwości nigdy się nie spotkali w wiecznej pomroce dziejów.
Po latach obserwacji świata człowiek, który dobrnął wreszcie do smugi cienia wie już, że wszystko co ludzkie jest skomplikowane, przepełnione rozczarowaniami, daremne i skończone…

Odkurzone rekwizyty

Tymczasem od jesieni 2015 roku, po wygranych przez wieloletnią twardą opozycję wyborach, obserwuję ze zdumieniem, że w tym całkowicie odmienionym miejscu jakim jest mój kawałek świata, pojawiają się starannie odkurzone rekwizyty.
Jest już spokojniej w programach telewizyjnych i radiowych. Dziennikarze promują swojskość, na czele rządu osoba do złudzenia przypominającą moją babcię. W telewizji Sonda i Teleranek witają dziatwę wesołym „kukuryku” (to znaczy nie jestem tego do końca pewien czy ten sygnał jest identyczny jak przed laty, bo staram się telewizji nie oglądać, z tym że dla oddania sprawiedliwości nowym włodarzom kraju oświadczam uroczyście, że pozbyłem się telewizora już na przełomie wieków). W Dwójce co chwila festiwale folklorystyczne, minister kultury zamiast brnąć w niepokojące kontrowersje najchętniej wspierałby wieczornice w koszarach, minister obrony narodowej odkrył na nowo geniusz cywilizacyjny ORMO, zaś minister gospodarki zachwycił się własnym planem ponownej motoryzacji.
Teraz jednak wszyscy na świecie są zdania, że dni motoryzacji są raczej policzone, dlatego my spróbujemy auta na prąd. Takie same zresztą elektromobile jeździły na kolejowych dworcach gdy wsiadaliśmy z rodzicami do kuszety wyruszając pociągiem ciągniętym przez lokomotywę z Chrzanowa na wczasy. Widać od razu, że władza czerpie z tradycji garściami.

Naczelnik do mnie mruga

Jest i Naczelnik tego wszystkiego, który mruga do mnie, zmęczonego niepewnością i przerażającymi doniesieniami ze świata – obrazami przewróconych łajb pełnych oszalałych ze strachu ludzi na Morzu Śródziemnym, wybuchających eksponatów w muzeach w Iraku, poderżniętych gardeł chrześcijan na obrzeżach Aleppo.
Starszy pan stara się być dla mnie miły (pod warunkiem oczywiście, że się z nim we wszystkim zgadzam i wykorzystuję swoją szansę, aby siedzieć cicho) i solennie zapewnia, że on to przecież załatwi. Że będą z powrotem pyzy z mięsem, bawarka, kapustka i robota w kombinacie. Tylko żeby to się spełniło, muszę z powrotem nałożyć pieluszkę, gatki, wełnianą czapeczkę i położyć się spać otulony kołderką. Gdy tak będę zasypiać, ukoi mnie do snu spokojne przemówienie Naczelnika. To on nam napisał scenariusz i reżyseruje teraźniejszość. A komu jak komu – reżyserowi naprawdę nie wolno przeszkadzać!
Digger

2017 nie będzie rokiem Bolesława Leśmiana (2)

raspberries-1591565

W przyszłym roku przypadnie 80. rocznica jego śmierci i 140. urodzin. PiS odrzucił jednak w Senacie propozycję, by 2017 r. miał za patrona poetę Bolesława Leśmiana. Patronami będą: Joseph Konrad-Korzeniowski, Józef Piłsudski, brat Albert Chmielowski, błogosławiony Honorat Koźmiński i Tadeusz Kościuszko. Rok 2017 będzie także Rokiem Rzeki Wisły.
Dlaczego nie Leśmian? Nie, bo nie. Słowa nie powiedzieli, ale brzydki zapach zostawili.

Kliknij poniżej i słuchaj „W malinowym chruśniaku” w wykonaniu Krystyny Jandy i Marka Grechuty:

W MALINOWYM CHRUŚNIAKU

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.
Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,

A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.
I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie

Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.
I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu,

A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

Bolesław Leśmian

Drogi Panie Prezydencie Elekcie Donaldzie Johnie Trumpie!

wizyta
Rys. Digger

Pozdrawiamy Cię z dalekiego kraju tradycyjnym „How do you do, I’m fine, and you?”

My, Naród, już przeszło rok temu zrzuciliśmy z ramion kajdany zależności od hydry brukselskiego serwilizmu, który karmił nas krwawą mamoną i mrzonkami liberalnej swawoli, jakże obcej naszemu słowiańskiemu rodowodowi, wywodzącemu się jeszcze z legendarnych czasów Lecha, Czecha i Rusa, z czego ten ostatni od początku był podejrzany o wrodzony mongolizm.

Przy Tobie Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy! Prosimy o serdeczne ucałowanie delikatnych rączek szanownej małżonki Pana Prezydenta, Pani Melanii!

Teraz nadszedł czas, aby śladem nas, starszych braci w demokracji, Ameryka powstała z kolan (przypominamy Waszej Miłości, że nasza demokracja początki swoje datuje w wieku XIV, kiedy o Was nikt jeszcze nie wiedział, gdyż oczekiwaliście na odkrycie Was przez naszego rodaka Jana z Kolna, któremu wszakże wawrzynowy laur pierwszeństwa skradł przebiegły włoski kupczyk, zwany dziś Krzysztofem Kolonem i będący de facto łże-odkrywcą Ameryki, do której przecież i tak w sumie nie dopłynął, bo nie wiedział gdzie Rzym, gdzie Krym a gdzie kukuryku!).
Kiedy już stanie się Światło i otrzepiecie Wasze dżinsy z pyłu poniżenia, Wy, dumny naród kowbojów, Indian i bandytów, zrzucając pęta dławiące Waszą prywatną inicjatywę, sprawicie iż America will be great again (co jak wiemy, nie wymaga tłumaczenia, gdyż jest wspólne naszym bratnim narodom).

Obiecujemy Panie Prezydencie Elekcie, że z odwetowym uderzeniem na Moskwę poczekamy do podjęcia przez Was stosownej decyzji.

Najdroższy naszemu sercu Prezydencie Elekcie. Zwracamy się w tym miejscu o pomoc dla nas, Narodu nieszczęściem doświadczonego przez Historię i złych sąsiadów, którzy ciągle na nas napadają, nie pozwalając na rozpostarcie przez nasze orły skrzydeł wysoko pośród chmur. Prosimy Cię, Drogi Przyjacielu w imieniu Suwerena, Nas, Narodu, o zmuszenie potomków w/w Rusa do zwrotu wraku samolotu Tupolew Tu-154M, gdyż jest on nam niezbędny do dalszych badań naukowych i eksperymentów wiodących nas do prawdy jak po sznurku w loncie Bickforda, ponieważ nie jesteśmy pewni czy Prezydenta Tysiąclecia zabiła pancerna brzoza, wypełnione trotylem parówki czy bomba termobaryczna, czy też wszystko naraz.
Obiecujemy przy tym Panie Prezydencie Elekcie, że z odwetowym uderzeniem na Moskwę poczekamy do podjęcia przez Was stosownej decyzji i jeśli taka będzie Wasza Nieposkromiona Wola, to odłożymy oręż na ściany naszych modrzewiowych dworków, rozładujemy dwururki, floberty i drylingi, pokryjemy w skrzyniach naftaliną kożuszki i konfederatki i zaniesiemy oliwną gałązkę pokoju Waszemu Drogiemu Druhowi Władimirowi Władimirowiczowi Putinowi. Bo przy Tobie Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy! Prosimy o serdeczne ucałowanie delikatnych rączek szanownej małżonki Pana Prezydenta, Pani Melanii!

Truly Yours!

Zarząd IV RP
Naczelnik, Antoni, Joachim, Mariusz, Witold, Beata, Andrzej

PS W sumie jest problem z domknięciem dziury budżetowej, bo się sypnęły bilanse, a ci technokraci z Brukseli grożą zakręceniem kurka. Pogadajmy! Kontakt na mejla:
dobrazmiana@mateo.pl
Twój Mateusz

Ballada o Nieustraszonym Kondotierze Literatury

kalliope
Rys. Digger

Problemem zasadniczym pana Bronka jest potężna, a niespełniona ambicja literacka sprzężona z dojmującym, acz całkowicie niezawinionym przezeń brakiem pisarskiego talentu.

Chciałby być klasykiem, cytowanym tak w chatach, jak i w profesorskich gabinetach od Bałtyku po Tatry, ale ile razy nad pulpitem zasłużonego literata rozlega się furkot skrzydeł Kalliope z wawrzynem w prawej ręce, to – nie wiedzieć czemu – rozdygotanemu z emocji adeptowi epiki utaczają się wtedy na papier nie te co trzeba zdania, przypominające do złudzenia machejkowskie, choć przezornie zorientowane o jakieś 130-175 stopni w stosunku do pierwowzoru, przyodziane w narodowe bryczesy i wyglansowane oficerki (bo pan Bronek w desperacji poszukiwania odbiorcy swoich arcydzieł sięga już po oenerowskich młodzianków, którzy najchętniej wsadziliby go z rodziną do pociągu towarowego relacji Warszawa Centralna – Auschwitz-Birkenau). I jest tak, że czyni nie to co chce, ale wychodzi jak zawsze – Kalliope zaś odfruwa, wabiona miodem podłego salonu.

To czy ktoś fałszuje słyszą nawet najniezłomniejsi Powstańcy z Kolan, bo kiedy organista zgrzyta fałszami, to trudno się skupić na słowie.

A on by chciał żeby jeszcze była senatorska toga i „trochu, kurde, Homera”. I kiedy wydawcy każą mu w paczkach odebrać zwroty kolejnych wydań powieści, których nikt nie chce czytać – bo ten co umie, nie ma ochoty, a ten co chciałby, nie potrafi poskładać liter – jest z tego frustracja i zaciśnięte złością piąstki, że świat tak się okrutnie z nim obszedł, że taki na ten przykład, „obszczymurek” Pilch sprzedaje na tysiące, albo taki cyniczny, kosmopolityczny tłuścioch Krajewski nawet w Londynie ma agenta, a pan Bronek, wierny „dobru, prawdzie i pięknu” za każdym razem jak się skupi, to rodzi tylko „rogalika i ze dwie pszczoły”, zamiast kolejnego tomu „Lorda Jima”.
No ale pan Bronisław nie z tych co odpuszczają. To wszak twardziel nie byle jaki, w końcu powstrzymał się na tak wiele lat od dania po pysku swojemu ziomalowi Maleszce! Więc będzie próbować uparcie, bo człowiek musi robić to co najbardziej lubi, a pan Bronek najbardziej lubi ględzić. Powinien za to w nagrodę od Losu pływać w luksusie jak pączek w smalcu. Powinien za niezłomność być kominek, flacha single malta, skórzany fotel i tweedowa marynarka.

Kiedy wydawcy każą mu w paczkach odebrać zwroty kolejnych wydań powieści, których nikt nie chce czytać – bo ten co umie, nie ma ochoty, a ten co chciałby, nie potrafi poskładać liter – jest z tego frustracja i zaciśnięte złością piąstki, że świat tak się okrutnie z nim obszedł.

Bo żyć nasz kontrSeneka lubi dostatnio. To wyróżnia na ogół wszystkich „konserwatystów”. No i żona drogiego kandydata na Parnas też by wolała, żeby ją zabrał na jakieś wyjątkowe wczasy – może śladami wypraw Josepha Conrada na pokładzie liniowca „Queen Elisabeth”? – a nie ciągle w relacji Ustka – Zakopane, Mazury – Ustrzyki Dolne… Problem w tym, że fortuna jest ślepa i panu Bronkowi przez tę ślepotę swoją poskąpiła tego czegoś, co fachowcy określają jako przysłowiowych 10 proc. zaledwie, rozpuszczonych w tytanicznej pracy.
Gdyby pan Bronek ze swoimi pozostałymi 90 proc. wybrał był muzyczną szkołę, to teraz zapewne ględziłby o spisku łże elit, które nie dopuściły go do sukcesu w Konkursie Chopinowskim. Wygrywały miernoty moralne, albo ci pianiści, co nawet o Ince nie wiedzieli nic!
Dobrze byłoby zatem oprócz przesłuchań konkursowych nakazać test znajomości losów Żołnierzy Niezłomnych. Albo życiorys pana Romana (Dmowskiego). Żeby było wiadomo, że Chopina grają tylko prawdziwi patrioci, bo tylko oni mogą go zagrać prawidłowo. Reszta nie ma prawa dotykać Chopina, tak jak KOD-owcy nie mają prawa maszerować za niepodległością!!!
Problem w tym, że mistrz quizu o Podziemiu Zbrojnym może być głuchy jak pień i że byłoby od razu słychać, że coś dzwoni nieczysto. A to czy ktoś fałszuje słyszą nawet najniezłomniejsi Powstańcy z Kolan, bo kiedy organista zgrzyta fałszami, to trudno się skupić na słowie.

Teraz będzie nas wszystkich przez kolejne lata IV RP gnębić swoimi aforyzmami, metaforami i bon motami równie lotnymi, jak bimber upędzony na wiecu dobrej zmiany w rejonie Kolbuszowej.

Na szczęście słowo pisane nie matematyka, jak muzyka, więc można starać się zamemłać ogólne wrażenie zwróceniem uwagi na rolę układu przy dystrybucji literatury, która preferuje tzw. salon, za nic mając „kalokagatię”. Żeby odróżnić prawdziwą narodową nutę od fałszywej, zatrutej kosmopolityzmem i współczuciem dla uchodźców, nie wystarczy mieć słuch absolutny, trzeba czegoś znacznie większego. Trzeba narodowej intuicji, która wreszcie unieważni talent i sprawi, że ludzie będą sobie równi, byle tylko opanowali katechizm Nowoczesnego Polaka. Bo przecież muzyk ma łatwiej od literata – żeby usłyszeć wystarczy nie zatykać sobie uszu, ale żeby przeczytać, to trzeba siąść na zydlu i męczyć wzrok ciągami liter. A czasy złe, czytelnictwo zamiera, wszędzie tylko komunikaty z tweetera i wraży Facebook, który nakłada kneble na patriotów z ONR. Trudno znaczy, które to pokolenie tak musi cierpieć?

Słowo pisane nie matematyka, jak muzyka, więc można starać się zamemłać ogólne wrażenie zwróceniem uwagi na rolę układu przy dystrybucji literatury, która preferuje tzw. salon, za nic mając „kalokagatię”.

Tak samo zresztą – zwracając uwagę na swoje niedocenienie i odrzucenie z winy imperialistycznego spisku – ratowali się już wiele lat przed panem Bronkiem rozmaici niezłomni swoich czasów – Roman Bratny, Wojciech Żukrowski czy Jan Dobraczyński. Później jednak (też wszak z winy jakiegoś spisku którychś tam łże-elit – prawych czy lewych) – spadli w niebyt i zamienili się w przyczynek i makulaturę. Oportunista Iwaszkiewicz jednakże – co oburzające – pozostał tam gdzie był, czyli na cokole – i nie da się już go stamtąd strącić, mimo haniebnych plam na życiorysie, budzących grozę w kolegach prof. Zybertowicza.
Pan Bronek niezłomny więc i pełen wiary, że talent to jednak nie wszystko – liczą się przecież, do jasnej ciasnej, imponderabilia!!!
Trwał tak dumnie w okopach swej woli, nękany przez obojętność rodaków, nie posiadających własnego zdania i smagany biczem podłej krytyki, do szpiku politycznej, cierpiał cichutko, aż nadszedł pamiętny dzień wyborów roku 2015 i zza ciężkich chmur rozpostartych, jak mgła smoleńska, przez wrażych targowiczan wyjrzało uśmiechnięte słoneczko Nadziei na Lepsze Jutro!
Nadeszła druga szansa – koledzy są znów przy władzy, zatem jest dostęp do publicznych pieniędzy – a to pozwoli ominąć niewygodną, bezpośrednią relację z czytelnikiem i zastąpić ją „wysokim urzędem” – choć w poprzednim rozdaniu łże-elit, gdy sam pan Bronek nie miał jeszcze niczego przeciwko łże-elitom – pragnął kierować dodatkiem „Gazety Wyborczej” (za pieniądze oczywiście! ale jak twierdzili klasycy – szmal nie cuchnie, czy coś w tym rodzaju), tyle że ktoś się zawczasu zorientował, że kandydatura jest, delikatnie mówiąc, nieodpowiednia z uwagi na ułomności charakteru.

Człowiek musi robić to co najbardziej lubi, a pan Bronek najbardziej lubi ględzić.

Pan literat poczłapał więc do przeciwnego obozu niczym kondotier, któremu nie wypłacono na czas okupu. Teraz będzie nas wszystkich przez kolejne lata IV RP gnębić swoimi aforyzmami, metaforami i bon motami równie lotnymi, jak bimber upędzony na wiecu dobrej zmiany w rejonie Kolbuszowej. Gdzie pocwałuje potem pan Kondotier Literatury to już czas pokaże i wskaźniki finansowe.
Digger