„Fryzjer” wiecznie żywy

Ryszard F., pseudonim „Fryzjer”, ponownie odpowie przed sądem za korupcję w piłce nożnej. Na ławie oskarżonych zasiądzie z 20 działaczami.

Akt oskarżenia, który trafił do wrocławskiego sądu, jest ostatnim w trwającym 10 lat śledztwie dotyczącym korupcji w polskiej piłce nożnej.

Informuję wszystkich zainteresowanych, że ukrywanie nazwiska „Fryzjera” – co stosują agencje – nie ma żadnego sensu. Ryszard Forbrich opublikował bowiem swoje wynurzenia wszem i wobec w formie książki, dał swoją twarz. Powiedział Forbrich, co wiedział o polskiej piłce. Szlam to jest cuchnący, lecz jakimś dziwnym zrządzeniem losu kochany przez Polaków.

Dziwi tylko, że to ostatni akt oskarżenia. Jako żywo są jeszcze kluby nietknięte przez sprawiedliwość, kluby (i ludzie) nad którymi czuwała zadziwiająca opatrzność, choć brały udział w grubych szwindlach.
Stajnia teraz będzie pokazywana jako wzorcowo czysta, chociaż jest pełna gnoju. Nie została oczyszczona. Augiasz żyje i śmieje się w nos Heraklesowi.
Jak zawsze w Polsce działania były połowiczne, niedokończone.

Fryzjer1

Fryzjer2a
Fryzjer2b

Krzysztof Mrówka

Polska w ruinie to kłamstwo

Polska w ruinie to propagandowe kłamstwo cynicznych polityków, powtarzane przez ostatnie lata z uporem godnym lepszej sprawy według zasady „im gorzej, tym lepiej”. Tymczasem prawda jest zgoła inna – kraj rozwija się, pięknieje, rośnie, otwiera się na Europę. Nie jest idealny, są tutaj ludzie piękni i mądrzy, ale i brzydcy i głupi (jak wszędzie). Polska w ruinie jest wytrychem, pustym hasłem i wielkim kłamstwem.

solary Morgue P1020628
Krzysztof Mrówka

Nie rób z tata wariata (Gombrowicz)

28 czerwca 2015 roku polskie media obiegła informacja, że Sebastian Przyrowski będzie teraz bramkarzem Zagłębia Lubin, beniaminka ekstraklasy. Nic dziwnego – Przyrowski bronił ostatnio w Tychach, które spadły z I ligi.
Przyrowski w ZL
30 czerwca te same media obiegła informacja, że tenże Przyrowski zatrudniony został jednak gdzie indziej, w Górniku Zabrze. Wszystko rozumiem, wolny człowiek, nie miał kontraktu, wynegocjował lepsze warunki w Zabrzu. „Futbol News” informujący o nowym pracodawcy Przyrowskiego słowem nie wspomniał o informacji sprzed dwóch dni. A ta ukazuje jednak Przyrowskiego jako piłkarza, który negocjował z kilkoma klubami. To nie jest złe, lecz trzeba o tym napisać. Ciekawe, że Przyrowski wybrał Zabrze, a nie Lubin – w Zagłębiu Miedziowym sytuacja finansowa jest o wiele pewniejsza, niż w Górniku. Właśnie z powodu biedy z Zabrza wyjechał łotewski bramkarz Pavels Steinbors (wybrał Cypr). Dlatego wzmianka o Zagłębiu w tym kontekście była taka ważna.

Przyrowski w Zabrzu
Krzysztof Mrówka

Nie przenoście nam Europy do Azji

Gdzie powinny się odbyć Igrzyska Europejskie? W Europie – tak powinno być. Odbyły się jednak w Azji. To oznacza, że nasz sport jest chory i słaby.

Po pierwsze, dlaczego słaby i chory? Bowiem żaden europejski kraj nie chciał organizacji tej imprezy. Nikt nie miał wystarczających pieniędzy, aby zrobić u siebie tę małą olimpiadę. Nikt nie widział możłiwości zarobku, nikomu to nie było potrzebne. Dyscypliny będące w programie igrzysk olimpijskich mają przecież swoje mistrzostwa świata i kontynentów – dodatkowa impreza jest sztucznym tworem. Tylko chwyty w postaci zdobycia kwalifikacji na najbliższą olimpiadę ściągnęły sportowców.
Dalece nie wszystkich jednak – np. polska reprezentacja siatkarzy była w rzeczywistości drugą reprezentacją. Pierwszy garnitur w tym czasie grał bowiem w Lidze Światowej. Ergo, impreza w Baku jest sztucznym tworem.

Nie dla Mai Włoszczowskiej, wybitnej polskiej kolarki, która przyjęła rolę ambasadorki igrzysk w Baku.

Po drugie, dlaczego na siłę robić Igrzyska Europejskie w Azji? Mnie nie podoba się czysto polityczny charakter tej imprezy (podobnie jak olimpiady w Pekinie i Soczi czy przyszłych finałów piłkarskich mistrzostw świata w Rosji), w której najmniej chodzi o zmagania sportowców. Tak naprawdę to promocja naftowego Azerbejdżanu. A to kraj sowiecki na wskroś – poprzedni prezydent Hejdar Alijew był enkawudzistą, kagiebistą, członkiem radzieckiego politbiura, wicepremierem ZSRR. Jednym słowem satrapą pełną gębą. Syn Ilham Alijew kontynuuje piękne rodowe tradycje – jest prezydentem od 12 lat i czasu tego nie uważa za stracony (dla siebie i rodziny). Wybory są wszak żałosnym kabaretem. Żona Ilhama jest wiceprzewodniczącą parti politycznej męża. I oczywiście deputowaną do parlamentu z ramienia tej samej formacji. Jakie to proste! A lud trzymają tam żelazną łapą.

Po trzecie, z europejskimi imprezami trzeba uważać przy wyprowadzaniu ich z kontynentu. Jeśli teraz nie znajdzie się w Europie organizator następnych igrzysk (Holandia w 2019 roku tego już nie chce…), mają się one odbyć w… Chinach lub Brazylii, które będą się chciały w ten sposób promować? Dlaczego nie, skoro były w Azerbejdżanie (Azja), mogą być w Chinach (też Azja), gdzie są już nawet obiekty po normalnej olimpiadzie. Dla mnie wszelakie olimpiady czy mistrzostwa winny odbywać się w wolnych krajach, gdzie na trybunach siedzą wolni ludzie. Imprezy te nie powinny też być kupowane za pieniądze – dlatego nie dla Kataru (MŚ), Moskwy (MŚ) i Baku (IE). Nie dla Mai Włoszczowskiej, wybitnej polskiej kolarki, która przyjęła rolę ambasadorki igrzysk w Baku. Wspierała bowiem satrapię. Przez grzeczność nie zapytam jaka to idea jej przyświecała.
Krzysztof Mrówka

Wielki finał w cieniu flagi UPA

W Warszawie pierwszy raz w historii odbył się finał europejskiego pucharu w piłce nożnej. Była to Liga Europy. Stadion Narodowy zdał egzamin, mecz był świetny, Polak strzelił gola (Krychowiak). Egzaminu nie zdali kibice z Ukrainy.

Fani Dnipro Dniepropietrowsk prócz flag swojego klubu i Ukrainy wywiesili flagę UPA. Z zabawy i futbolowej radości zrobiła się pełna poruta.

1. Polskie władze nie mogły swobodnie interweniować. Stadion i cała impreza należała do UEFA. Ona była organizatorem i nikt sobie flagą UPA nie zawracał głowy. Centrali europejskiej piłki zależało przede wszystkim na sprawnej grze i spokoju na trybunach. Próba rekwirowania wrażej flagi UPA przez policję mogła wywołać zamieszki na trybunach i sensację na cały świat. Ciekawe, że wszystkie flagi obu klubów przeszły cenzurę wstępną ludzi z UEFA i PZPN, lecz – jak widać – nieskuteczną.

2. W czym problem? Otóż była to flaga zbrodniczej organizacji odpowiedzialnej za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w czasie drugiej wojny światowej. Ukraińcy pod flagą UPA mordowali Polaków na masowa skalę, co było oczywistym ludobójstwem. Gdy wywieszają takie flagi u siebie jest nam przykro, ale nic nie da się zrobić. Gdy czynią to w Polsce – jest to prowokacja na wielką skalę. Dla Polaków OUN i UPA to organizacje bandyckie, dla Ukraińców – patriotyczne. Mecz odbył się w Polsce i flaga UPA na warszawskim obiekcie była jasnym sygnałem złych intencji.
Lustrzana, teoretyczna sytuacja – Polacy grają na Ukrainie i wywieszają flagi Armii Krajowej. Tego symbolu polskości tam bardzo nie lubią. Afera murowana.

Na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w czasie drugiej wojny światowej Ukraińcy pod flagą UPA mordowali Polaków na masowa skalę, co było oczywistym ludobójstwem.

Jeśli znamy historię, nie jeździmy do Lwowa z flagami AK i ich tam nie wywieszamy przy okazji meczów, bowiem jest to jasna prowokacja.
Ukraińcy nie byli rozsądni – pojechali do Polski z czytelnym przesłaniem. Wielbią historię UPA i to wszem i wobec prezentują. Niedobrze, że tak jest – Ukrainie w ten sposób dalej do Polski i Europy. Sami tego chcą.
– – – – –
Dwa lata temu bandycka bojówka lewaków z Sevilli zaatakowała w Hiszpanii fanów Śląska Wrocław. Prasa pisała wtedy, że wrocławianie „pobili się z kibicami Sevilli”. Prawda była inna – Polacy zostali zaatakowani przez Hiszpanów. Na stadionie widniał wtedy baner ” Witamy w Katyniu”.
W dzień meczu Sevilla – Dnipro na Dolnym Śląsku bojówka Śląska wzięła rewanż. Na autostradzie polscy kibole zatrzymali samochód z kibicami Sevilli, nastąpiła demolka i zniknięcie. Polska prasa pisała o napadzie, tymczasem to był napad, ale i rewanż za to, co stało się dwa lata temu. Jeśli ktoś myśli, że w tym biznesie można bezkarnie bić, to się pomylił. Nie wyznaję tych wartości co opisywani tutaj polscy, hiszpańscy i ukraińscy troglodyci, lecz sprawy trzeba relacjonować jakimi są.
Krzysztof Mrówka

Boruc zagrał Holendrom na nosie

Artur Boruc jest postacią kontrowersyjną, ale fachowości nie można mu odmówić. Silnie związany z Legią, karierę zrobił za granicą i w reprezentacji. Celtic, Fiorentina, Southampton to niezłe kluby, w których grał poza Polską. Ostatni sezon był jednak chyba najciekawszy.

Gdy Boruc był w Southampton holenderski menedżer Ronald Koeman wydał 10 mln funtów na bramkarza z Celticu Frasera Forstera. Jasny sygnał – Forster jest znacznie młodszy, jest Anglikiem i Boruc może się umościć na ławce w roli rezerwowego.

Boruc powiedział „nie”. Dobrze zrobił. Trafił we wrześniu do I-ligowego Bournemouth i jego los drastycznie odmienił się.

Menedżer Eddie Howe stworzył tam świetną ekipę, która uzyskała automatyczny awans do ekstraklasy. Historyczny – Bournemouth na tym poziomie nigdy jeszcze nie grał. Boruc odegrał w awansie wielką rolę, był kluczową postacią. Klubowi i polskiemu bramkarzowi należą się gratulacje. W ekipie nie ma bowiem wielkich gwiazd, ale zespół prezentuje jednak pozytywny futbol.

W zimie mówiło się o powrocie Boruca do Southampton, bowiem Forster doznał kontuzji. Polak został w Bournemouth – dobrze zrobił, został bohaterem awansu, jednocześnie zagrał na nosie holenderskiej ekipie trenerów So’tonu (Ronald i Erwin Koemanowie, Jan Kluitenberg).

Co teraz? Borucowi kontrakt z Southampton kończy się za miesiąc. Zostanie w Bournemouth? Przejdzie do ukochanej Legii, co kiedyś deklarował? Jest w dobrej formie i mimo 35 lat śmiało może bronić jeszcze kilka lat na najwyższym poziomie.

Boruc jest w dobrej formie i mimo 35 lat śmiało może bronić jeszcze kilka lat na najwyższym poziomie.

Może w Bournemouth, z którym awansował do ekstraklasy. Pamiętać musi jednak, że najbliższy sezon będzie tam niesamowicie trudny. Stadion Dean Court ma tylko 12 tys. miejsc, przychody z dnia meczowego będą niewielkie. Beniaminek zawsze ma spore problemy i dobra praca menedżera Eddiego Howe’a oraz rodzinna atmosfera mogą już nie wystarczyć w walce o utrzymanie. The Cherries idą jednak w dobrym towarzystwie – do włoskiej Serie A pierwszy raz w historii awansował klub Carpi spod Modeny, z zaledwie 70-tysięcznego miasta. Skoro małemu Sassuolo w ekstraklasie wiedzie się dobrze, może udać się Carpi i… Bournemouth.

Krzysztof Mrówka

Adam Nawałka szuka czarownika

Z rozbawieniem patrzę na zabobonnych ludzi. To bywa śmieszne, żałosne, nie jest najczęściej szkodliwe dla innych osób. Kiedy zabobonny jest pierwszy trener piłkarskiej reprezentacji Polski, sytuacja staje się dziwna.

Adam Nawałka oplótł się zabobonami jak pajęczą siecią. Na wyjazdach gramy tylko w białych strojach, w czerwonych spodenkach gramy tylko na Stadionie Narodowym, w dniu meczu reprezentanci chodzą tylko w białych koszulkach polo, autobus z zawodnikami nie może się cofnąć (pod żadnym pozorem) gdy zajedzie za daleko. To zasady operetkowe, lecz nieszkodliwe, pozorna śmiesznostka.

Poważna jest jedna historia. Mecz w Dublinie – według Nawałki – musiał komentować duet Mateusz Borek – Tomasz Hajto. Dlaczego? Bo robili to podczas spotkania z Niemcami (Hajto grał w Niemczech, zna tamtejszy futbol). Wtedy osiągnęliśmy życiowy sukces i selekcjoner zdecydował, kto w Polsacie będzie komentować pojedynek z Irlandczykami.

Adam Nawałka oplótł się zabobonami jak pajęczą siecią.

Najlepsze, że nic w tym złego – w tej fanaberii – nie widzieli ani Zbigniew Boniek, szef PZPN (zadbał o odpowiednią godzinę i datę ligowego meczu Tychów, które szkoli Hajto) ani Marian Kmita, szef sportu w Polsacie.

Bońkowi nie można się dziwić – chce zrobić wszystko, aby reprezentacja osiągnęła dobry wynik. Wszak od tego zależy jego prezesura. Gdyby trzeba było, przeniósłby mecz Tychów na inny miesiąc nie patyczkując się.

Kmita zapewne nie wie, że właśnie utracił władzę na swoim poletku. Gdyby wiedział, nie zezwoliłby na taką manipulację – wszak właśnie przestał kierować tą redakcją. Kieruje nią duet Nawałka – Boniek. To ta para wystawia komentatorów, a Kmita tylko się cieszy, że zrobił coś dobrego dla reprezentacji.

Tymczasem czary nie wpływają na grę reprezentantów. Nic do niej nie ma osoba komentatora, kolor koszulek noszonych w dniu meczu i to, czy autobus zajechał metr za daleko czy nie zajechał. Takie rytuały są merytoryczną bzdurą.

Boniek, Nawałka i Kmita muszą sobie zdać sprawę, że reprezentacja ma wielkie problemy w środku pola – brak w składzie piłkarza-lidera, który opanuje sytuację w strefie środkowej, rzuci piłkę na skrzydła, zwolni i przyspieszy grę. Tak długo jak selekcjoner nie znajdzie takiego piłkarza, będziemy pozostawać bardzo średnią ekipą, w Dublinie, Berlinie, Glasgow bronić się panicznie i bez ostatecznego powodzenia, a do mistrzostw świata nie pasować. Nie znajdziemy w trakcie tych eliminacji potrzebnego piłkarza – nie mamy człowieka o wymaganych parametrach, Nawałka szukał i nie znalazł. Narodowa drużyna opiera się na chciejstwie, a nie na talentach i pracy od podstaw.

Nawałce pozostaje zatrudnienie czarownika. Sam się postawił w tej dziwacznej sytuacji akceptując zaklęcia rodem z magii.
Krzysztof Mrówka

Pacjent na naszych oczach umiera

Robi się tak – gdy klub deklaruje, że szybko musi nastąpić poprawa gry piłkarzy i najbliższy mecz jest decydujący o doli trenera, zawodnicy ten mecz… przegrywają. Jedni robią to delikatnie (Wisła – Zawisza 0-1), inni brutalnie (Sunderland – Aston Villa 0-4). Bardzo pomocne jest, aby kluczowy mecz odbywał się na własnym stadionie. Bo wstyd większy…

Scenariusz ten jest stary jak futbol. Mimo to nadal kluby panicznie deklarują, że teraz zwycięstwa albo śmierć. Tak właśnie poległ w Wiśle Franciszek Smuda, tak z Sunderlandu odszedł Gus Poyet. Kiedy usłyszy to Luis van Gaal w Manchesterze United? Zespół nie gra na miarę oczekiwań i tradycji, ale ma szansę na Ligę Mistrzów. Fotel pod trenerem Czerwonych Diabłów jest ciepły, lecz jeszcze nie parzy w sempiternę. Na Holendra przyjdzie czas – miał dwa okna transferowe i nie popisał się specjalnie. Sprzedał wychowanka Welbecka do Arsenalu i kibice mu tego nie wybaczą nigdy…

Dziwne, że zwolnienie Smudy nie nastąpiło rok temu – a naprawdę mogło się tak stać właśnie wtedy.

Smuda to trener starszej generacji, wyjadacz, mający w CV spore sukcesy. Patrząc jednak na ostatnią fazę jego kariery był to zjazd z ostrego zbocza w ramach biegu zjazdowego. Praca w reprezentacji – bez pojęcia, całkowita porażka w imprezie organizowanej w Polsce, Smuda nie miał w tej robocie nic do powiedzenia. Narodowa grała słabo od początku do końca, taktyka świadczyła tylko o tym, że selekcjoner jechał na rutynie.

Zarobek przysłonił mu zdrowy rozsądek i przyjął propozycję niemieckiego II-ligowca, z którym spadł do klasy niższej. Nazwisko sobie znacznie pogorszył, lecz nie w oczach Bogusława Cupiała. Dostał pracę w Wiśle, jak zwykle.

Ta przygoda była dla niego najgorsza. Rok temu po ciężkich przygotowaniach Biała Gwiazda przegrywała wszystkie kolejne mecze (dom i wyjazd), wygnała z trybun kibiców, którzy nie mogli na to patrzeć. Sezon przegrano z kretesem. Trafił jednak do klubu z problemami i uprawiał demagogię w stylu „mamy biedę, nie można mieć oczekiwań”. Pojechał na tym aż do meczu z Zawiszą, rok później.

Jeśli po raz któryś przekonał się, że co innego mu obiecywano, a co innego ma w klubie, powinien dawno temu zrezygnować, zwołać konferencję prasową i powiedzieć całą prawdę o mizerii w Wiśle. Nie zrobił tego, czyli akceptował sytuację. Mówił, że robi to dla właściciela klubu. Ten sam właściciel, „dobry pan”, kopnął go wreszcie, bowiem inaczej nie można było. Wisła grała fatalnie.

Zawodnicy zagrali bardzo dobrze w następnym meczu po zwolnieniu Smudy, pokazali klasę i chęci. Dziwne, że zwolnienie Smudy nie nastąpiło rok temu – a naprawdę mogło się tak stać właśnie wtedy.

Jest wiele informacji, że na linii gracze – trener ostatnio dochodziło do spięć. Zaczęło się na obozie w Turcji, trwało po powrocie do Krakowa. Los Franza był przesądzony – wszystkich zawodników nie zwolnisz, trenera można posunąć zawsze. To kosztowne, lecz czasami niezbędne. Tak było tym razem w Wiśle – kostyczny, żyjący przeszłością szkoleniowiec nie zauważył, że świat zawalił mu się na głowę.

Nie okłamujmy się – Smuda i poprzedni trenerzy są tylko pionkami w tej grze. Kłopoty finansowe Wisły są poważne, ostatnio doszła porażka z Mandziarą o zaległe wypłaty (na pieniądze czeka też Genkow). Na tym poziomie rozgrywek nie można działać z tak poważnym zadłużeniem. To nie może trwać tyle lat, ile trwa pod Wawelem. Pacjent na naszych oczach umiera.
Krzysztof Mrówka